sloiki1
życie

Słoiki

Jeżeli zastanawiacie się jakie pytanie z ust mojego męża pada ostatnio w moją stronę najczęściej.
I bierzecie pod uwagę takie oto opcje:

1)  Czy mogę ci zrobić masaż?
2) Czy nie chciałabyś może skoczyć na kawę z koleżankami a ja w tym czasie zajmę się dzieckiem?
3) Czy kupić ci czekoladę z orzechami czy może krówki z Olecka?

Tu mała dygresja.
Koło mnie w sklepie zaczęli sprzedawać krówki z Olecka i to jest jakiś kosmos krówkowy.
Najlepsze krówki świata.
Serio!

W każdym razie, jeżeli zastanawiacie się, które z wyżej wymienionych pytań pada z ust mojego męża najczęściej.
To muszę Was zaskoczyć odpowiedzią.
Gdyż żadne.
No niestety.
Ale taka jest prawda.
Że w ostatnim czasie najczęściej padającym w moją stronę pytaniem jest…..

Czy ty znowu kupiłaś słoiki?

Po czym Maciek dodaje.

Bo wiesz. Powoli już nie mamy miejsca w spiżarce.
Słoików mamy już chyba milion.
Słoik na słoiku słoikiem pogania.
I serio już chyba wystarczy nam tych słoików do końca świata.
A ja już nie mam miejsca na swoje żarówki.
Oraz na swoje baterie.

Kolejna dygresja.
Mój mąż nie wiadomo po co.
Gromadzi niekończące się zapasy bateri.
Od takich mini płaskich kółeczek.
Po takie gigantyczne bateriowe bloki.
Każda jego wyprawa do obi, bricomana czy castoramy.
A nawet każda jego wyprawa do Ikei.
To nowa paczka bateri.
Dam sobie za to rękę uciąć, że jakieś baterie z półki sklepowej weźmie.
To samo jest z żarówkami.

Więc gdy mój mąż pyta:

Czy ty znowu kupiłaś słoiki?

Odpowiadam.
Tak.
Znowu.

Przyznaję się.
Że namiętnie kupuję słoiki.
Całe zgrzewki słoików kupuję.
Takich malutkich.
Na konfiturę z malin.
Dla mojej córki do kaszki.
Na jesienne chłody.
I na zimowe mrozy.
Robię jej na drugie śniadanie kaszę jaglaną z dwoma łyżeczkami takich ze słoika malin.

Kupuję kompulsywnie słoiki trochę większe.
Na dżem truskawkowy.
Który smakuje niebiańsko rozsmarowany na naleśnikach.
Na jakiś późny obiad gdy humor słaby.
Za oknem ciemno.
A w brzuchu burczy.
To ten talerz naleśników na środku drewnianego postawiony stołu.
I małe rączki, które po te naleśniki sięgają.
Od razu humor zmieniąją na lepszy.
I ta łyżka oblizana w truskawkowym dżemie.
I te pod nosem dziecięcym truskawkowe wąsy.

Zaopatruję się stale w średnie słoiki.
Idealne na konfiturę z moreli.
Która ze świeżą bagietką rano w niedzielę.
Gdy siedzimy razem przy śniadaniu.
We flanelowych piżamach.
I ciepłych skarpetach.
I nikomu się nigdzie iść nie chce.
I z tych piżam się nie chce wychodzić.
Bo jest zimno i mokro.
A w domu tak ciepło i miło.
I w ręku paruje kubek z kakao.
To ten dżem na tej bagietce wtedy.
To znika jak kot na widok mandarynki.

Tu znowu mała dygresja.
Mój świętej pamięci kot nie znosił zapachu mandarynek.
Jak tylko widział jakąś w swoim pobliżu od razu symulował odruch wymiotny.
I oddalał się w tempie ekspresowym.

Wracając do tematu słoików.
To kupuję jeszcze słoiki największe.
To znaczy bez przesady.
One nie są aż takie wielkie jak na przykład słoiki na ogórki.
Które nota bene kupiłam również.
Aczkolwiek do ogórków to ja talentu nie mam.
Bo po zawekowaniu.
Zaczęły mi syczeć.
Bulgotać.
I bardzo niebezpiecznie się w tych sloikach zachowywać.
Co mnie lekko stresowało ilekroć obok nich przechodziłam.
Czytałam oczywiście różne tego zjawiska opisy w internecie.
I znalazłam dwie odpowiedzi.
Z których do dzisiaj nie wiem, która jest właściwa.
A mianowicie:

1) to normalne.
Ogórki tak mają.
Posyczą trochę a potem przestaną.

2) to nienormalne.
Ogórki tak nie powinny się zachowywać.
A jeżeli tak się dzieje należy się ich pozbyć.
Gdyż nic z nich dobrego nie będzie.

Najbardziej mnie przeraziła wizja wybuchu.
I rozbryzgu ogórków.
Wraz z resztkami słoików największych.
Dlatego na próbę otworzyłam jeden słoik.
I ogórki zjadłam.
A resztę schowałam do spiżarki.
Aby sobie tam syczały.
I ewentualnie wybuchały.

Wracając do tematu.
To kupuję te słoiki większe.
Ale mniejsze od tych największych.
Na najlepsze na świecie powidła.
Z polskich węgierek.
Z przepisu prababci.
No to już jest gwóźdź programu.
Najcenniejsze słoiki ever.
Najważniejszy etap słoikowego szaleństwa.
Mistrzostwo świata w słoiku.
Tyle emocji pod metalową nakrętką.

Na przykład wspomnienie bułki wrocławskiej z tymi powidłami właśnie jedzonej.
Trzydzieści lat temu.
Na ulicy Brackiej.
Podczas rżnięcia w karty po nocy.
W grę o nazwie Garibaldka.
Z ulubioną Babcią.
Gdy wielki drewniany zegar wybijał dwudziestą trzecią.
Bim bam.
Bim bam.
A ja krzyczałam jeszcze jedna partyjka!

To zapach kawy inki.
I mięciutka chałka.
Z tymi powidłami właśnie.
Które oblepiają palce.
Fioletowym sokiem.
Gdy siedzimy na kanapie pod kocem.
A w telewizji leci program o nosorożcach.
A za oknem śnieg.
I obok choinka pachnie jeszcze świętami.

Więc gdy mój mąż pyta mnie.

Czy ty znowu kupiłaś słoiki?

To odpowiadam.
Tak.
Bo te słoiki.
I ta ich zawartość, którą po nocach na patelni smażę.
To jest nasz dom.
To są wspomnienia z dzieciństwa.
To jest moja miłość do Ciebie.
To jest moja troska o Kaję.
To jest ciepły koc.
Otwarte ramiona.
Mocny uścisk dłoni.
Płomień świeczki na stole.
I uderzanie kropel deszczu o szybę.
Gdy siedzimy razem.
Z kubkiem gorącej herbaty.

Te słoiki najmniejsze.
Te średnie.
I te większe.
To jest nasza rodzina.
To leniwe poranki.
Wesołe uśmiechy.
Potargane włosy.
Okruchy pod stołem.
I oblizane łyżki.
To przytulne wieczory.
I rozchichotane popołudnia nad stosem naleśników.
Te słoiki to esencja domowego ogniska w najczystszej jego postaci.
To spokój i bezpieczeństwo.
To mój azyl.
To zamknięte w słoiku szczęście.

Na to mój mąż zawsze wzdycha z niedowierzaniem.
I pogodzony z tą sytuacją stwierdza.

Że no dobra.
Niech będzie.
Ale może już więcej nie kupuj.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

4 komentarze

  • Reply Dagmara 14 września 2017 at 6:34 pm

    Cudowna jesteś, Iwo! Fragment o ogórkach – the best! Ja jakoś nie mam serca do przetworów i póki co to i owo przywożę od Mamy. Ale może i na mnie przyjdzie słoikowy czas.

    • Reply Iwa 14 września 2017 at 7:26 pm

      Ja też długo nie miałam i nadal najbardziej lubię ten etap gdy podpisuję słoiki i ustawiam na półce..ale smak tych powideł i dżemów jest tego warty 😉

  • Reply monica 12 września 2017 at 8:35 pm

    Piękny tekst:) ! A ja niestety na zimę gromadzę tylko albumy ze zdjęciami, które oglądamy rodzinnie dla śmiechu i nastroju. I chyba muszę kupić nową szafkę na te moje „słoiki”:)-albumy, które upycham między książkami w niedomykających się już bibliotekach. A mąż nadal pyta z przekąsem ile zdjęć zrobiłam dzisiaj Dzieciom, bo nie może uwierzyć, że setka na dzień to niewiele….:), a zima taka długa…

    • Reply Iwa 12 września 2017 at 9:03 pm

      Albumy ze zdjęciami to super sprawa! ja też uwielbiam oglądać zdjęcia w wersji papierowej. Niestety ostatnio mocno zaniedbałam temat 🙁 i masa zdjęć czeka na selekcję w komputerze. Muszę się za to zabrać – dziękuję za motywację 😉

    Leave a Reply