pociag
życie

Wsiąść do pociągu

Był taki czas, gdy jeździłam pociągiem do Łodzi fabrycznej.
Do Łodzi, pociągiem, na studia podyplomowe.
O piątej rano wstawałam.
Na dworzec centralny, jechałam tramwajem.
Z zeszytem grubym.
Książką.
Kanapką z serem.
I muzyką w kieszeni.
Na peronie ciemnym.
W kurtce puchowej, parę z ust wydmuchiwałam gorącą.
W powietrze zamarźnięte.
Na pociąg czekając.
Potem, ziewając, do wagonu swojego wsiadałam.
Jechałam półtorej godziny.
W jedną stronę.
Przez okno patrzyłam.
Na dym z kominów.
Na pola szronem pokryte.
Na pomazane grafitti mury.
Na obłoki szare.
Patrzyłam.
Na ludzi na peronach zmarźniętych.
Na puste butelki, na chodniku roztrzaskane.
Po dwudziestu minutach, wyjmowałam kanapkę z serem.
Zjadałam ją słuchając.
Stukotu.
Pociągu po torach.
Myślałam.
O życiu.
O moim mężu, który od tego pociągu, i mnie w nim, kanapkę z serem jędzącej, daleko był bardzo wtedy.
O tym, kim jestem.
I dlaczego.
Tym kimś, kim jestem. Jestem.
Obserwowałam ludzi.
Tym samym pociągiem, do Łodzi jadących.
Czasem miałam kaca.
Bo to w sobotę zawsze było.
Po piątkowej imprezie.
Wtedy mniej myślałam.
Albo czasem wcale.
Tylko by nie zwymiotować, się skupiałam bardzo.
I głowę bolącą, w dłoni zimnej, bezpiecznie trzymałam.
Raz jakiś chłopak, o numer telefonu mnie poprosił.
Numer mu dałam.
Ale nie swój.
Tylko wymyślony naprędce jakiś.
By mi w myśleniu moim, nie przeszkadzał dalej.
Raz do wagonu złego wsiadłam.
Przez przypadek.
Dla palących.
I przez całą drogę, w dymie papierosowym siedziałam.
I w tym dymie myślałam.
O życiu.
O sobie.
O nim.
O mężu moim.
Myślałam zawsze.
Czy kiedyś, tym moim mężem zostanie.
Na pola patrzyłam.
Szronem pokryte.
O tej siódmej rano.
Na dym z kominów.
I światła w oknach, po drodze.
Ile ja się namyślałam.
Ile tych kanapek z serem zjadłam.
A gdy pociąg do Łodzi fabrycznej dojeżdżał.
Wysiadałam z niego.
Przechodziłam na drugą stronę torów.
I na powrotny pociąg czekałam.
Parę gorącą w zmrożone powietrze wydmuchiwałam.
Do wagonu wsiadałam.
W powrotną stronę.
Na zajęcia nie szłam.
Nie byłam już w stanie.
Przez te myśli moje.

Do Warszawy wracałam.
Wiedząc, że w sobotę kolejną.
Do pociągu tego wsiądę.
By do Łodzi fabrycznej pojechać znowu.
I na te pola zamarźnięte patrzeć.
I myśleć.
O życiu.
O mężu moim.
Który mężem moim, wtedy jeszcze, w ogóle nie był.

Tych studiów nie skończyłam.
Za mało razy, udało mi się z dworca wydostać.
Przez te myśli moje.
Ale te studia uważam.
Za jedne z najlepszych.
Jakie w życiu miałam.
Bo nauczyłam się na nich.
Najwięcej.
O życiu.
O sobie.
O tym kim jestem.
I dlaczego.
Tym kimś, kim jestem. Jestem.
I o tym.
Że czasem.
By coś sobie ważnego, w życiu uświadomić.
Wystarczy wsiąść do pociągu do Łodzi.
Lub do jakiegokolwiek, pociągu innego.
I na te pola, zamarźnięte, popatrzeć.
I w stukot pociągu, po torach się wsłuchać.
I w siebie.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply