kazimierz
macierzyństwo

Wypad weekendowy

Właśnie wróciliśmy z trzydniowego, wypadu weekendowego.
I przez te trzy dni właśnie, po raz kolejny uświadomiliśmy sobie, że odpoczynek z dzieckiem, to jest podobna sytuacja do tej, w której poszlibyśmy na basen w zbroi.
Czyli sytuacja absurdalna i oksymoron. Można w tej sytuacji się jakoś próbować odnaleźć.
Lecz to wymaga czasu, i dużej dozy pokory.

Ja od zawsze przyzwyczajona byłam, że pierwszą rzeczą jaką robiłam po przyjeździe, było ruszenie na miasto w celach gastronomicznych. W celach wypicia zimnego piwa i zjedzenia jakiegoś okolicznego specjału. Jakież było wiec moje zaskoczenie, gdy po przyjeździe nad morze. W nasze pierwsze wspólne wakacje, zamiast na pizzę i browara, ba zamiast do toalety po 7 godzinach jazdy. Na szybko rozkładaliśmy łóżeczko, Kajkę przebieraliśmy w piżamę, dawaliśmy mleko i usypialiśmy śpiewając piosenki, tuląc ją na zmianę do siebie. A gdy już zasnęła, usiedliśmy na ganku. Wyjęliśmy z bagażnika kabanosy i czekoladę, i popijając ciepłą resztką wody mineralnej, bez słowa konsumowaliśmy to, każde sobie w głowie na nowo życie układając.

Jakież było moje zaskoczenie o 6 rano, gdy normalnie dopiero do domu się z imprezy wracało, tego pierwszego dnia po przyjeździe. A my już na nogach, totalnie rozbudzeni dziecko przebieramy, karmimy, nosimy i pieluchy zmieniamy. I z wózkiem na miasto lecimy na spacer, mijając po drodze tych z imprezy dopiero wracających.

Jak do Zakopanego pojechaliśmy i pełni nadziei jeszcze, do karczmy góralskiej w celach spożycia oscypka i płonących szaszłyków weszliśmy. I jak po pięciu minutach, na szybko żeśmy się ewakuowali stamtąd, bo Kajka wpadła w histerię gdy kapela góralska grać zaczęła.
Wtedy do hotelu, zamówiliśmy na wynos jakiś talerz mięs, z restauracji Arturro.
Jedynej, która dowoziła cokolwiek do jedzenia w naszej okolicy. I jedząc, przez łzy prawie zachwalaliśmy jakaż to pyszna ta karkóweczka, a jakie te ziemniaki opiekane, już podeschłe lekko, smaczne.

Powoli jakoś nadeszło pogodzenie się z sytuacją nową.
Zdanie – Ty zjedz pierwszy, a potem się zamienimy – do słownika naszego, restauracyjnego weszło na stałe. Jak się knajpę bez dużej ilości schodów, z szybką obsługą i krzesełkami dla dzieci gdzieś trafiło, to już codziennie tam byliśmy. Odkryliśmy nowy wymiar umiejętności kelnerskich, a mianowicie podawanie posiłków w idealnych odstępach czasu, dla mnie i dla niego na zmianę. Tak, by gdy ja już kończyłam i dziecko przekazywaliśmy sobie, od razu Maćkowi posiłek został podany.

Przyjemności picia piwa, i w ogóle czegokolwiek konsumowania, trzeba się nauczyć zupełnie od nowa. Bo teraz trwa to mniej więcej pięć razy krócej. Kęsy są o wiele większe, zupa gorętsza, przełykanie szybsze. Jest to po prostu wyższa szkoła jazdy, żeby w trakcje takiego obiadu zatrzymać się na chwilę długości dwóch sekund max. I w tych max dwóch sekundach, poczuć smak, aromat i specyfikę potrawy, którą jemy. O deserze na pare lat zapominamy.

Wieczory na urlopie to jest ta chwila, gdy wreszcie jest czas na ten właśnie odpoczynek, po który przyjechaliśmy taki kawał drogi. Gdy po całym dniu, od tej 6 rano byliśmy już na co najmniej dwóch spacerach. Dziecko przewijaliśmy, karmiliśmy, przebieraliśmy i nosiliśmy stodwadzieścia razy. Przenosiliśmy z miejsca na miejsce, a gdy to jest nie daj Boże wyjazd zimowy, to zakładaliśmy kombinezon, czapkę i rękawiczki razy dziesięć, przy każdym wyjściu i wejściu do hotelu, knajpy, muzeum, toalety czy sklepu.

Tu jednak kluczowe jest, wynajęcie co najmniej dwóch pokoi. Tak, żeby dziecko spało w tym pokoju drugim. W Zakopanem mieliśmy niestety pokój jeden. Skończyło się tak, że ja o 19 szłam z Kają spać a Maciek brał książkę i zamykał się w toalecie. Jeden wieczór spędziłam z nim na podłodze pod prysznicem. Pijąc piwo bezalkoholowe. Było czadowo. Od tej pory dwa pokoje to must.

Wiec gdy ten upragniony wieczór nadchodzi. A dziecię nasze śpi słodko niewinne jak anioł. W osobnym zamknięte pokoju. To możemy szaleć do woli. Niestety często jest tak, że po max godzinie padamy ze zmęczenia i te plany wieczorne obiecujemy na następny dzień przełożyć. A gdy się już raz uda jakoś dłużej posiedzieć. Zaszaleć totalnie i może nawet film jakiś obejrzeć. To następnego dnia, o tej 6 rano już tak to kolorowo nie wygląda wcale. I żałość nas ogarnia wielka, że przecież dlaczego, że jak to się stało w ogóle i co ja robię tu, w takiej sytuacji dziwnej, że na urlopie moim wypoczynkowym, ja wypocząć normalnie nie mogę.
Więc takie szaleństwa zdarzają się rzadko. Raz, może dwa. Bo budzik pyzaty, bezlitosny jest.

A sklepy. To to jest kolejna dla mnie sytuacja do przepracowania. Bo teraz na przykład pojechaliśmy do Kazimierza. I na rynku jest sklepów z bibelotami różnorakimi tysiąc. I antykwariat. I targ jest staroci z rzeczami dla mnie fajnymi mega. I ja musze sobie powiedzieć nie. Nie wejdę. Nie zobaczę. Nie schylę się i przez dziesięć minut nie będę w tym pudełku z płytami grzebać.
Bo trzymam wózek. Z którego wystają małe rączki, chwytające wszystko co w zasięgu dwudziestu centymetrów się znajduje.
Bo jak się za długo w jednym miejscu stoi, to się zawartość wózka zaczyna nudzić i irytację swoją dość głośno demonstrować.

Dlatego ważne jest to, że nie jesteśmy sami.
Że jest ten drugi, ten mąż, ten partner czy ktokolwiek inny z nami.

Że możemy się zamienić. Tury robić. Do sklepu na zmianę wchodzić. Posiłki po kolei zjadać.
Jakoś sobie ten czas organizować. I mieć możliwość do toalety się samemu udać.

A gdy będziemy już w domu, gdy się już te pięć prań zrobi.
I walizki po tygodniu od powrotu rozpakuje.
To siądzie się razem na kanapie. Zdjęcia z urlopu obejrzy.
I śmiejąc się z tych czasów, co tak zaskakująco nastały, odpocznie wreszcie.
Chociaż na chwilę.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply