sarna2
życie

Wypatrywaczka saren

Od jakiegoś czasu się trochę miotam zawodowo.
Zastanawiam się co tak naprawdę lubię i umiem robić dobrze.
I co z tych rzeczy mogłoby się ewentualnie przenieść na polepszenie stanu mojego konta.
Tym samym przenieść na stan mojej fryzury.
Paznokci.
Długość rzęs.
Stan restauracji, do których chodzę.
A również na zawartość mojej szafy.
Kosmetyczki.
I wielu, wielu innych rzeczy.
Których stan się polepsza wraz z polepszeniem stanu konta.

I tak szczerze mówiąc to do tej pory nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na to pytanie.
Aż do przedwczoraj.
Gdy to jechałam pociągiem intercity na trasie Warszawa-Poznań.

I nagle mnie olśniło.
Uświadomiłam to sobie, gdy na moich oczach po raz kolejny dokonało się objawienie mojego talentu.
A mianowicie ujrzałam sarnę.

Przez okno intercity na trasie Warszawa-Poznań ujrzałam daleko pod lasem najprawdziwszą sarnę.
Sarnę z lasu.
Sarnę żywą, która to jest przedstawicielką natury.
Przedstawicielką Planety Ziemia.
Istotą niewinną.
Nieskażoną.
Nieświadomą fejsbuka oraz promocji w Sephorze.
Sarnę przedstawicielkę slow life, minimalizmu i życia w stylu hygge.

A to nie jest pierwszy raz kiedy mi się to zdarzyło.
Bo ja muszę się nieskromnie przyznać.
Że udaje mi się wypatrzeć sarnę przy każdej podróży.
To znaczy każdej, która odbywa się poza centrum Warszawy, oraz poza Raszynem.
Bo tam jest bardzo dużo reklam, które od saren odwracają moją uwagę.

Mój mąż to wie.
I on mi nawet trochę nie wierzy, że ja te sarny widzę naprawdę.
Jemu się wydaje, że ja mam jakąś wadę wzroku.
Albo może nawet mózgu, która wyświetla mi sarny za każdym razem gdy gdzieś jedziemy.
I gdy ja mówię o sarna.
To on na to niemożliwe.

A to jest możliwe.
Bo ja te sarny widzę naprawdę.
Jakbyście się postarali to też byście je zobaczyli.
Zdradzę wam sekret, że sarny są wszędzie.
Jest ich cała masa, miliony tysięcy saren się kręci, stoi i przeżuwa trawę za każdym oknem.

Czasem się zatrzymujemy i ja wtedy Maćkowi pokazuję dokładnie.
O widzisz tam daleko pod lasem ten mikro punkt.
To sarna.

Albo kiedy indziej gdy sarna jest blisko.
Tak blisko, że gdy Maciek ją w końcu dostrzeże.
A on to wyjątkowo i zupełnie nie ma talentu do wypatrywania saren.
I wreszcie po piętnastu minutach patrzenia mówi o rany sarna.
To wtedy mi trochę bardziej wierzy.
A ja mu umawiam wizytę u okulisty.

No i ja przedwczoraj jadąc tym pociągiem intercity na trasie Warszawa-Poznań sobie uświadomiłam dwie rzeczy.

– Po pierwsze, że ja mam naprawdę ogromny talent do wypatrywania saren w podróży.

– Po drugie, że wszyscy inni w podróży, mają ogromny talent do siedzenia z nosem w smartfonie.

I że ja będę organizować wycieczki.
Bo ja się muszę tym talentem podzielić.
I tych ludzi ze smartfonów chociaż na dwie sarny wyciągnąć.
Będę tak zwaną wypatrywaczką saren.
I ludzie będą mi płacić za to, że ja im te sarny wypatrzę i palcem na szybie pokaże.
Aż w końcu sami nauczą się je widzieć.

Planuję to tak, że taki przykładowy pan Karol z Warszawy ma konferencję w Krakowie.
A chce w tej podróży od cywilizacji i internetu trochę odpocząć.
Wtedy pan Karol dzwoni do mnie.
Wypatrywaczki saren.
I płaci mi dwanaście tysięcy złotych netto.
A ja z nim jadę pociągiem na trasie Warszawa-Kraków i całą podróż razem z nim wypatruję i palcem wskazuję sarny.

Sarny z lasu.
Sarny żywe, które to są przedstawicielkami natury.
Przedstawicielkami Planety Ziemia.
Istotami niewinnymi.
Nieskażonymi.
Nieświadomymi fejsbuka oraz promocji w Sephorze.
Sarny przedstawicielki slow life, minimalizmu i życia w stylu hygge.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

4 komentarze

  • Reply Dagmara 1 czerwca 2017 at 12:09 am

    Cudowny pomysł! Ja bym za to mogła być wypatrywaczką bocianów 😉 Choć wzrok mam naprawdę kiepściutki. Ale myślę, że ten fizyczny nasz wzrok jest tu kwestią drugorzędną. Trzeba po prostu chcieć coś zobaczyć. Przyglądać się uważnie, a nie bezmyślnie. Jechałam wczoraj do Warszawy, ode mnie to 1,5 godziny, i taką miałam niechęć do czytania i patrzenia w telefon, że całą drogę gapiłam się w okno. I też mnie naszła taka refleksja – ile można zobaczyć tak się w to okno gapiąc. Saren nie widziałam, ale widziałam jastrzębia albo myszołowa, widziałam przepięknie kwitnące łubiny, że aż zapragnęłam takie mieć w ogródku, i drzewa uschnięte widziałam, i łąki podmokłe, i wiele innych rzeczy. Wzrok i mózg niesamowicie mi od tego gapienia się​ na świat za oknem odpoczęły.

    • Reply Iwa 1 czerwca 2017 at 7:49 am

      Ojjjj tak, o to właśnie chodzi! Idealnie to posumowałaś 🙂 trzeba chcieć coś zobaczyć żeby to zobaczyć! A świat za oknem ma nam wiele do pokazania 🙂

  • Reply Go_rulez 31 maja 2017 at 5:41 pm

    Boszszsz to cudownie pocieszające, że nie tylko ja się zastanawiam… trzymam kciuki

    • Reply Iwa 1 czerwca 2017 at 7:49 am

      Trzymaj trzymaj – przydadzą się 😉

    Leave a Reply