zabawki2
macierzyństwo

Zabawki

Moje dziecko jest dziwne jeśli chodzi o gust zabawkowy.

Na rynku teraz jest cała masa zabawek przepięknych.
Drewnianych, pluszowych, szmacianych.
Klocków, maleńkich myszek, puzzli z grafiką robioną przez rysowników najlepszych.
Książki cudowne. Normalnie dzieła sztuki.

I ja to kupuję. W internecie, na instagramie, na blogach wyszukuję. Zamawiam.
Za ostatnie pieniądze w księgarni, książki dla Kajki kupuję, bo takie są piękne, że wolę na kawę nie iść, tusz sobie do rzęs tańszy kupić niż bez tej książki wyjść.

Ostatnio z Anglii książkę ściągałam. Taka jest piękna. No przepiękna jest.
Jak przyszła paczka, to się normalnie przy tej książce dwa dni kręciłam.
Oglądałam, dłonią okładkę gładziłam i wzdychałam z rozkoszy. Bo to nie byle jaka książka była. Ale książka, która dostała nagrody różne za ilustracje właśnie.

Mąż mój nadziwić się nie mógł, że co też ja zamówiłam dla dziecka naszego rocznego.
Że przecież to się nie nadaje dla niej zupełnie. Bo to dla dzieci od 6-7 roku życia a może nawet i starszych jest. I po angielsku do tego. Dasz dzieciakowi taką piękną książkę to zniszczy zaraz. Tak więc na półce na razie stoi, ale wyglada tam pięknie. No mówię Wam cudo.

On to w ogóle sceptycznie do moich dla Kajki zakupów podchodzi.
Przyznaję, że większość z nich jest trochę na wyrost.
Książki to głównie ilustracyjne majstersztyki, dla niej na teraz zupełnie bez sensu.
Puzzle i klocki drewniane też jakoś nie cieszą się powodzeniem.

Raz Maciek wrócił po pracy. Minę miał taką jakby normalnie w totolotka milion złotych wygrał właśnie. Kajka podbiegła do niego jak co dzień. A on z plecaka plastikowe coś wyciąga i cieszy się jak głupi do sera. Plastikowy telefon, który gra jak się naciska guziczki różne.
Piszczy tak i brzydki jest tak, że jak ja to zobaczyłam, to myślałam, że padnę.
I na dodatek wielkości jest cegły.

A dziecko oczy zrobiło maślane. Po plastikową maszkarę rączki wyciągać zaczęło.
Na nic się zdało moje odwracanie uwagi króliczkiem pluszowym, mięciutkim takim,
że sama czasem twarz przytulam do niego. Telefon się spodobał. Bardzo.
Targany jest codziennie po całym salonie.
Dźwięki wydobywające się z niego, po nocach śnią mi się czasem jako koszmar jakiś.

Nieważne. Dzisiaj na spacerze weszłyśmy z Kajką do sklepu jednego.
Sklepu z książkami i zabawkami dla dzieci.
Sklepu, w którym gdybym mogła, to całą miesięczną pensję zostawić bym potrafiła.
Bo to jest sklep z duszą. Mają tam cudeńka takie, że serio na co dzień staram się go omijać. Dzisiaj weszłam bo święta już blisko.
Po drodze mikołajki i w ogóle dawno nie byłam.
To weszłam.

O moich zakupach tam wolę nie pisać.
Bo zakupy w fajnym sklepie z Kajką w wózku kończą się zazwyczaj, panicznym przez mnie na szybko wrzucaniem do koszyka wszystkiego, co mi się wyda fajne/ładne, czyli w takim sklepie prawie całego asortymentu. Bo ja mam czasu mało. Bo Kaja zaraz zacznie marudzić.
Więc biorę to i to i jeszcze na szybko tamto i przy kasie jeszcze oczami szaleńczo po wszystkim latam i w ostatniej chwili dwie rzeczy dorzucam. Przy płaceniu na chwilę mdleję.
Potem szybko wychodzę. Ślinę przełykam i wyrzucam do kosza po drodze rachunek,
by jak najszybciej zapomnieć o mojej w tym sklepie wizycie.

W trakcie zakupów w tym fajnym sklepie, Kajka rykiem i kwikiem obwieściła swoje zainteresowanie takim małym ze szmatek uszytym wilczkiem. Więc wzięłam tego wilczka. Dawno nic nie dostała. Wilczek bardzo sympatycznie się prezentował. Więc wzięłam koleżkę i poprosiłam panią o w pierwszej kolejności kodu z niego na kasę nabicie. Tak, by coraz głośniejsze kwiki wydobywające się z wózka uciszyć naprędce.

Wilczek po dwóch zakrętach i minutach pięciu wylądował na chodniku, a córka moja widząc go w swojej okolicy, głową kręcić zaczęła, że ne ne ne ona już nie chce go w wózku u siebie widzieć.

Schowałam drania bo znam już takie akcje. Za chwilę jej się odwidzi. Spoko.

Cały dzień potem z tym wilczkiem cholernym latałam za nią.
Próbując podmieniać nim pudełko chusteczek, pustą butelkę po wodzie czy podartą gazetę moją Elle, która to jest zabawką Kai najulubieńszą. Niestety wysiłek mój kończył się pogardliwym wilczka w dal odrzucaniem i z okrzykiem radości rzucanie się na puste opakowanie po czekoladzie oraz puszkę orzeszków ziemnych Felix, która wygrywa z każdą grzechotką.

Przy usypianiu wieczornym rownież chciałam wilczka przemycić, by zaszczytu spania z Kajką w łóżku doświadczył. Jednakże przy podwieczorku dziecko moje dosłownie wczepiło się w tubkę owoców marki Hipp i już do zaśnięcia córka i owoców leśnych tubka nierozerwalne były.

Jest mi wilczka żal, bo razem naprawdę staraliśmy się bardzo.
Z wizją mojego dziecka z rozkosznie potarganym włosem i w rączce wiszącym wilczkiem szmacianym pożegnać się raczej muszę.

A pod choinkę chyba już zacznę zbierać śmiecie wszelakie.
Po jajkach pudełka i po herbacie.
Kapsułki po kawie i te tuby tekturowe, które po papierze toaletowym zostają.
I bąbelkową folię, w którą przesyłki kurierskie pakują.
By córka moja czym się bawić miała.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply